Zacznę standardowo: To mój pierwszy post, więc proszę o wyrozumiałość moderatorów i nie wyrzucanie tematu tylko ew. przeniesienie.
Sprawa wygląda tak:
Poznałem w pracy dziewczynę. Znajomość zaczęła się niewinnie. Od rozmów w pracy do spotkań po niej, wspólnych wieczorów i imprez. Znajomość trwała niedługo - niecały miesiąc. Ale tak się masakrycznie zaangażowałem, że szok. Mam 23 lata i już nie jedno przerabiałem i wiem, że się tak nie powinienem zadręczać i męczyć przez tą dziewczynę. Piękna czarnulka, brązowe oczy, delkatne dłonie, pociągający zapach...Wzięło mnie. Uwielbiałem spędzać z nią czas. Kiedy miałem wolne albo z innych powodów nie byłem w pracy szlag mnie trafiał i nie potrafiłem usiedzieć na miejscu bo chciałem ją zobaczyć. Generalnie zakochałem się na zabój. A tydzień temu się dowiaduję, że mam innego. Była z nim 2 lata a ja chyba byłem chłopakiem na zastępstwo - pocieszycielem. W sumie mówiła mi, że się rozstała ale nie wiedziałem, że wróci do niego. I na domiar złego straciłem pracę, straciłem dziewczynę i brak perspektyw...i jeszcze piję od Bożego Ciała - dzień w dzień bania, tylko dziś jakoś jestem w domu i piszę to..W sumie nie ma szans na jej odzyskanie. Jeszcze mnie tak niedawno zapewniała jakim to jestem wspaniałym chłopakiem, inteligentnym, czułym, zwracałem uwagę na to na co inni nigdy nie zwrócili...I tu taki los mnie spotyka. Miałem co do niej poważniejsze plany. Nasza oststania rozmowa z jej strony polegała na tym, że się tłumaczyła i mnie przeprasza za to wszystko ale ja i tak byłem załamany i dalej jestem. Musiałem się wygadać. A czy ktoś odpisze czy nie to juz mnie to nie interesuje. Ale pytanie do dziewczyn. Czy to prawda, że my za szybko się angażujemy? Bo chyba coś w tym jest.









KONSTYTUCJA KATOLICKIEJ RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
