Cześć.
Jako że jestem nowy, przedstawiać się szczegółowo nie będę, napiszę tylko, że mam 17 lat. Jestem chłopakiem i uczęszczam do 2 LO, reszty dowiecie się po przeczytaniu historii, ciekawa - polecam i z góry zapraszam do pomocy, rad oraz zachęcam do przeczytania historii DO KOŃCA.
Jak wspomniałem mam 17 lat. Mam problem z rówieśnikami z klasy, bo od początku nie zaaklimatyzowałem się, ale od początku.
W gimnazjum byłem naprawdę szczęsliwym człowiekiem, wspaniałe relacje z kumplami, koleżankami. Uczyłem się w miarę, zawsze średnia była ponad 3,0. Byłem swego rodzaju "liderem klasowym". Ludzie bardzo lubili mnie, mówiłem co chciałem i co myślałem, raczej nie obrażałem nikogo, ale też grzeczny nie byłem
Muszę powiedzieć, że alkoholu nigdy nie piłem w gimnazjum (chyba że piwo czy tam "łyka" od rodziców, wódki smaku nawet nie czułem aż do teraz...), paliłem kiedyś papierosy niecały miesiąc, narkotyków nie biorę i nie brałem. Teraz pewnie pomyślicie, jaki to ja grzeczny chłopczyk byłem, że alkoholu nie piłem i nadal nie piję. Ehh, no tak... tylko że to nie ode mnie zależało. Rodziców mam takich, którzy nie pozwalają mi nawet teraz wziąć łyka wina, ale i tak zawsze biorę, po czym oni mówią: "nie przyzwyczajaj się, 18 lat jeszcze nie masz..." - tak mnie to denerwuje że masakra. Ale nie o tym tutaj.
Trochę wstępu napisałem, teraz żeby nie przedłużać. Po gimnazjum bałem się do jakiej szkoły pójdę, jednak dobrze się uczyłem w miarę, więc trafiłem do lepszego liceum, ale tutaj w mieście miałem dwa do wyboru:
1. Trudno się dostać, potem po dostaniu się ledwo co robisz.
2. Łatwiej się dostać, ale potem trudniej utrzymać - z nauką tam nie ma lekko, gniotą nas do końca.
I ja właśnie jestem w tym drugim liceum, do nr 1 się nie dostałem. Rzecz jasna w moim liceum są raczej w większości "odrzuty", tzn. ludzie tylko pijący, palący i w ogóle nic ich nie obchodzi nauka, przyszłość czy nawet nie wiedzą co znaczy szacunek dla kolegi z klasy czy nauczyciela.
Oczywiście na wstępie wszyscy się jakoś pogrupowali w liceum na początku roku, stworzyli swoje grupy, do których najbardziej pasują. Byli i są ludzie, których się nie lubi, którzy są "liderami klasowymi" tzn. najbardziej zwracają swoją uwagę no i zawsze mają tematy do rozmów ze sobą, każdy ich słucha itd.
Niby idzie z nimi pogadać, ale oni tylko piją i palą , przeklinają - ja też klnę, ale nie piję, nie palę, nie wciągam nic z narkotyków (oni tak), dlatego nie zostałem zaakceptowany i na początku skreślony. Ludzie jakoś się do mnie przestali bardziej odzywać, ale generalnie tylko kilka osób, reszta klasy była w porządku - DO CZASU.
Ogólnie do ludzi nigdy nie wychodziłem, byłem uzależniony od gier komputerowych, co więcej - sam to odkryłem! Próbowałem się zmienić, bez skutku i przez bite 4/5 lat grałem w wiele gier, niektóre internetowe. Dlatego nigdy nie byłem też na większej imprezie z kumplami, kumpli nawet wielu nie mam, dziewczyny też nigdy nie miałem. Jednak mam ambicje, jestem wysoki i jakbym poćwiczył - spokojnie bym miał. No tak, ale motywację skądś trzeba wziąć, a w tym stanie i tą klasą to daleko nie zajadę przez te 1,5 roku, które mi zostało...
Ludzie zaczęli mnie niedługo wyzywać, udawałem że nie słyszę, zawsze patrzyłem się w inną stronę i w ogóle starałem się ich omijać. Potem zrozumiałem, że im więcej ich będę omijać, tym więcej będą mnie wyzywać (tak już jest z moją klasą, tzn. tylko z 3-4 chłopaków, reszta nie wyzywała, ale wiadomo jakim okiem na to patrzą - "śmichy, chichy" itp.). Postanowiłem w szkole po prostu przebywać z nimi trochę, niby stałem z nimi, czasem się pośmiało - nadal tak robię, tylko z nimi stoję itp. ALE po prostu nie mam tematów do rozmów z nimi, tylko stoję praktycznie i o niczym nie gadam. Ot, taki "samotnik", który próbuje się podlizać kumplom z klasy, którzy palą - tak to wygląda.
To naprawdę przytłacza, zawsze na przerwach jestem sam, nie mam z kim i o czym pogadać, nigdy tematów do rozmów nie mam. Ludzie mnie zaczęli obgadywać, śmiać się na stronie (gdzieś obok mnie) no i nie umiem inaczej z nimi być. Psycholog tylko online był jeden, darmowy - ale nic nie pomógł. Rozważałem przeniesienie się do innej szkoły, bardziej cywilizowanej ale zrezygnowałem i pomyślałem, że po prostu zostanę i wytrzymam najdłużej jak się z tą klasą da.
No i jak narazie wytrzymałem, ale ciężko jest naprawdę. Za każdym razem, gdy rano wstaję - po prostu zły humor, bo szkoła jest i koniec. W szkole tylko o nauce gadam, o niczym innym nie umiem, a jak wychodzę z niej to nagle dostaję porządny "oddech", że "Oo! Wreszcie koniec!!" no i tak już jest.
Ludzie, wiele myślałem czy to fobia społeczna, ale po prostu to nie tak. Sami oceńcie, bo powiem tak:
1) gdy idę np. spotkać się z 2-3 kumplami (przykładowo, nie za wielu ich mam... :/ ) to bez problemu, pogadam, pośmieję się, wszystko jest dobrze.
2) gdy mam się spotkać z kilkoma kumplami i wieloma dziewczynami - no to nie jest już tak wesoło, ogólnie ogromne grono mnie nie "podnieca", wolę mniejsze spotkania.
3) zagadać do kogoś na ulicy o godzinę czy coś, do sklepu pogadać itp. - BEZ problemu.
4) A z moją klasą - siedzę cicho jak mysz kościelna, tak się pokazałem i inaczej nie umiem tak otworzyć się na ludzi...
No i widzicie, niby jestem odważny i spokojny, opanowany - ale ta klasa jest chora. Niby to kumpel mi radził, żebym ja się zmienił a nie postrzegał klasę jako bandę "debili" (wybaczcie za przekleństwo ). Jednak ja nie umiem z nimi gadać, każdy mnie teraz postrzega jako dziwaka i w ogóle. Nic nie zrobiłem - tylko stereotypy, bo się nie odzywam lub ktoś rozdał plotę w klasie, że mnie wyzywają tak czy siak no i masz, niewychowane "bydło" zaczęło denerwować. A tym bardziej zmieniłem się - kiedyś w gimnazjum na wolnej, luźnej lekcji sobie pospałem, więcej "poodpierdzielałem" coś z kumplem, pośmiało się itd, a nie lubiłem ciężkich lekcji. Teraz jest z kolei w liceum na odwrót: Wolę ciężkie lekcje niż luźne. Dlaczego? Bo na luźnych nie ma z kim pogadać czy czegoś ekstremalnego zrobić, a na ciężkich przynajmniej nikt się nie odzywa bo się nauczycieli boi i jest spokój.
Głupie też są dla mnie przerwy, niby fajnie - najesz się, załatwisz sprawy fizjologiczne itp. Ale taka przerwa 15-20 minut to dla mnie "męka", z nikim pogadać nie pogadam, no bo tematów do rozmów nie ma, ludzie mnie nie lubią itp. I weź teraz siedź pod klasą czy stój obok całego towarzystwa samemu, do nikogo się nie odzywaj no...
Nie mówili mi wprost że mnie nie lubią czy wyzywają, ale przeczuwałem to i słyszałem wszyściutko, co mnie kiedyś wyzywali. Teraz mniej wyzywają albo wcale, ale fakt faktem - na wekkendy czy imprezy razem to się nie wybieramy. Byłby dla nich jakiś cud, święto gdybym nagle się u nich pojawił - bo nigdy imprezowiczem nie byłem. Rodzice zawsze woleli, jak się uczyłem czy np. siedziałem w domu, a nie imprezował.
Teraz marzę, aby wyrwać się z tej klasy, bandy dzieciaków, a nawet gorzej. Dziecko by tak się nie zachowywało. Wiecie czemu? U nas miała być wzywana już policja za ich karygodne zachowanie, a to śmiecą, a to przeklinają, wyzywają siebie nawzajem. Palą marihuanę i piją (nie w szkole, ale zawsze po szkole lub weekend - bez alkoholu to nie weekend... co za ludzie ).
Psychika mi wysiada, chcę iść na studia dzienne, tam akademik jest itd - wyrwałbym się od rodziców i żył swoim życiem, mógłbym robić co mi się podoba. Uczyłbym się, imprezował, uczęszczał na kursy a w tym dużo znajomości i niezapomniane chwile - jak to pięknie brzmi, prawda? Matko, o tym marzę... Ale jeszcze 1,5 roku męczarni z tą klasą. Dlaczego się nie przepisałem? - A co jak trafię na gorszą klasę i jeszcze gorszych nauczycieli niż mam? (a mam naprawdę dobrych nauczycieli, tylko oni mnie tu trzymają bo dobrze nauczają i na maturę jest bardzo duża zdawalność)
Dlatego jestem naprawdę załamany, depresji nie mam bo psychikę mam cholernie silną - dzięki temu póltorarocznemu przeżyciu z tą klasą zrozumiałem, jak silną psychikę mam, nie ulegam wpływom i nie palę nadal, nie piję itd. Alkohol nic złego, gdy spożywa się raz na jakiś czas, albo ogólnie mało. A nie codziennie jak moi "kumple"...
Jeszcze zapomniałem dodać, że raczej dużo znajomości nie miałem i nie mam, ale rozważałem zapisanie się na jakiś kurs tańca lub sztuki walki, dla siebie i rozwoju fizycznego i psychicznego oraz oczywiście dla umiejętności i znajomości. Co o tym sądzicie?
Dlatego to jest ot cała moja historia. Co byście mi doradzili w tej naprawdę kiepskiej sytuacji?
Na wstępie zakończenia (krótkiego w sumie) chciałem pogratulować tym, którzy szczerze dojechali od początku do samego końca tej historii, bo to dla mnie ważne. Czekam na wnioski i wasze rady, co w tej sytuacji należy zrobić.
W razie pytań czy jakichś wątpliwości proszę pytajcie. :)
Serdecznie pozdrawiam!











